Żaden z was nie dożyje niedzieli. Jej zimny głos zabrzmiał jak wyrok. Czterej uzbrojeni bandyci, którzy przyjechali spalić tę starą chatę, nagle zamilkli. Jeszcze przed chwilą bezczelnie się śmiali, ale ciężkie spojrzenie z nachorki sprawiło, że ich herszt wzdrygnął się i niepewnie cofnął rękę od pistoletu.
Bandyci zaczęli wycofywać się ku swoim samochodom, uciekając przed straszliwą klątwą. tak bardzo przerazili się mistyki i uroku, że nawet nie zrozumieli swojego głównego błędu. Prawdziwa śmierć czekała na nich nie z nieba, lecz za cienkimi drewnianymi drzwiami, przed którymi stali. Tam w półmroku, na twardej pryczy, brocząc krwią leżałem ja.
Przez szpary w spruchniałych deskach słyszałem każde ich słowo. Myśleli, że wytropili bezbronnego zbiega, a tak naprawdę obudzili człowieka, który po 10 latach wrócił z piekła, by odzyskać swoje miasto. Pierwszą rzeczą, którą poczułem, gdy odzyskałem przytomność, był zapach. Gęsty, duszący aromat suszonego piołunu, zmieszany z gryzącą jodyną i mdlącym posmakiem własnej krwi.
Leżałem na twardym materacu pod szorstkim wełnianym kocem. Każdy ruch odbijał się w prawym boku błyskiem rozpalonego bólu, jakby ktoś obracał między żebrami zardzewiały gwóźdź. Otworzyłem oczy, pęki ziół zwisające w dół jak nietoperza. Nazywam się Kajetan Lisiecki.
W wąskich kręgach znano mnie pod pseudonimem Sokół. Mam 36 lat, z których 10 spędziłem tam, gdzie lodowate wiatry Bałtyku wywiewają z człowieka wszystkie emocje, pozostawiając tylko nagi instynkt przetrwania. Wróciłem do Polski trzy dni temu. Wróciłem nie po to, by żyć.
Wróciłem, by zamknąć rachunki. Żebyście zrozumieli, dlaczego leżę z przestrzelonym bokiem w głuchej leśnej gęstwinie, trzeba cofnąć czas do 1988 roku. Wtedy Polska pękała w szwach. Stary system się walił, nowy jeszcze się nie narodził.
A w tej szarej strefie między prawem a anarchią budowaliśmy swoje imperium. My to znaczy ja i Jeremi Tarnawski. Mróz, tak go nazywano, bracia broni. Zaczynaliśmy od małego.
Kontrolowaliśmy szlaki przemytnicze na wschodniej granicy. Elektronika, papierosy, alkohol. Przerzucaliśmy przez granicę to, czego nie było w sklepach i zarabialiśmy tyle, że mogliśmy kupić pół województwa. Dzikie, ale na swój sposób uczciwe czasy.
Mieliśmy kodeks. Zwykłych ludzi nie ruszaliśmy, w błoto się nie wdawaliśmy. Krwi i bezkonieczności nie przelewaliśmy. Za sobą miałem wojsko, desant, zwiad, lata, o których nie lubiłem mówić na głos.
Umiałem zabijać cicho i szybko, ale w naszym fachu odpowiadałem za co innego. Układałem logistykę, wyliczałem trasy, dogadywałem się z celnikami. Jeremi był Dorobkiewiczem, twardym, wyrachowanym, z oczami koloru zastygłej wody. Osłanialiśmy sobie plecy.
Ufałem mu tak, jak nie ufałem samemu sobie. Ale pieniądze zmieniają ludzi, a wielkie pieniądze zrywają z nich maski. Pod koniec lat 80 Jeremi uznał, że granica jest dla nas za ciasna. Skontaktował się z grupą wołomińską, bezlitosnymi bandytami, którzy podporządkowywali sobie cały kraj.
Zaproponowali mu tranzyt twardych narkotyków do Europy Zachodniej. Ogromne partie, bród, od którego gniją miasta i przepadają całe pokolenia. Powiedziałem: "Nie, kategorycznie odmówiłem brudzenia sobie rąk". Powiedziałem Jeremiemu, że nie zostaniemy handlarzami śmierci.
Wysłuchał, kiwnął głową, uścisnął mi dłoń i powiedział, że rozumię, a tydzień później mnie zdradził. Nie chciał mnie po prostu usunąć z drogi. Chciał zetrzeć mnie na proch, żeby nikt nigdy nie odważył się zakwestionować jego władzy. Zasadzkę urządzili na leśnej drodze pod Gdańskiem.
Nie jechałem sam. Była ze mną Lidia, moja narzeczona. Dziewczyna o cichym śmiechu i srebrnym wisiorku. Mieliśmy się pobrać za miesiąc.
Otworzyli ogień z karabinów bez ostrzeżenia. Lidia zginęła na miejscu. Pierwsza kula przerwała jej życie, zanim zdążyłem nacisnąć hamulec. Dostałem trzy kule.
Jedna przeszła na wylot przez ramię, dwie utkwiły w udzie i boku. Nie pamiętam jak wytoczyłem się z samochodu. Nie pamiętam jak strzelałem na oślep, jak czołgałem się przez mokrą trawę do urwiska. Ślepy instynkt skazańca.
Cudem dotarłem do portu, brocząc krwią i ukryłem się w ładowni promu towarowego płynącego do Skandynawii. 10 lat, 3650 dni. Żyłem w obcym kraju. Pracowałem w stoczniach.
Dźwigałem metal, spałem po ctery godziny i milczałem. Nie zawarłem przyjaźni, nie zaprowadziłem psa, nie kupiłem telewizora. Miałem tylko jedną rzecz. Srebrny wisiorek Lidii, który zdążyłem zerwać z jej szyi w zalanym krwią samochodzie.
Pocierałem ten wisiorek palcami każdego wieczoru, aż na skórze występowała krew. Przez 10 lat hartowałem swoją nienawiść, zamieniając ją z parzącego płomienia w wystudzony kawałek stali. W 1998 roku zrozumiałem, nadszedł czas. Jeremi Tarnawski stał się nietykalnym bossem.
Podporządkował sobie Warszawę, kupił połowę policji, obrósł armią ludzi, stał się panem życia, a ja stałem się duchem, który wrócił, by to życie odebrać. Zszedłem z promu w Gdańsku pod koniec października. Powietrze pachniało solą i mazutem. Kupiłem stary, niepozorny polonez za gotówkę od jakiegoś handlarza w porcie.
Musiałem dotrzeć na Podlasie, odkopać stare schowki, znaleźć właściwych ludzi, zebrać informacje. Działałem cicho jak cień, ale nie doceniłem skali zgnilizny, która opanowała kraj pod moją nieobecność. Jeremi nie tylko kupił policję, wbudował ją w swój system bezpieczeństwa. Skorumpowani patrolowi działali jak jego osobiste radary.
Moje stare dokumenty, którymi posługiwałem się przy wynajmie noclegów po drodze, zaświeciły w bazie. Stało się to na trasie pod Białymstokiem. Deszcz lałaną. Wycieraczki ledwo nadążały ze strugami wody.
Droga była pusta i czarna jak rozlana ropa. W lusterku pojawiły się reflektory. Najpierw pomyślałem, przypadkowy podróżny, ale zbliżali się zbyt szybko. Dwa czarne terenowe samochody jechały zwartym szykiem, wyciskając z silników maksimum.
Uderzyłem w hamulce, próbując zjechać na boczną drogę, ale byli zawodowcami. Wzięli mnie w kleszcze. Za kierownicą pierwszego samochodu zdążyłem rozpoznać twarz. Łom, główny pies łańcuchowy Jeremiego.
Człowiek, który nie znał słowa nie i nie miał układu nerwowego. Góra mięśni i tępego bezmyślnego okrucieństwa. Zaczął się wyścig. Stary silnik poloneza ryczał, krztusząc się własnym olejem.
Rzucałem samochodem na boki, ścinałem zakręty, wyskakiwałem na przeciwny pas, ale terenówki nie zostawały w tyle. Nie zamierzali mnie zatrzymywać. Zamierzali rozmazać mnie po asfalcie. Uderzenie trafiło w tylny prawy błotnik.
Ciężkie, głuche szarpnięcie, od którego polonez stracił przyczepność. Samochód zakręciło w kółko. Świat za oknem zamienił się w rozmazaną karuzelę mokrych pni i szarego nieba. Przebiliśmy zardzywiałą barierkę.
Ułamek sekundy nieważkości i metal z ogłuszającym chrzęstem spotkał się z ziemią. Przednia szyba prysnęła mi w twarz tysiącem odłamków. Kierownica uderzyła w pierś, wybijając powietrze z płuc. Samochód przewrócił się dwa razy i znieruchomiał na dnie głębokiego wąwozu ukrytego od strony trasy gęstymi zaroślami.
Cisza. Tylko syk przebitej chłodnicy i stuk od kropel o powyginany dach. Nie czułem nóg, nie czułem prawej ręki, ale żyłem. Wybiłem zaklinowane drzwi zdrowym ramieniem i wytoczyłem się w mokre błoto.
Rana w boku piekła nie do zniesienia, a krew mieszała się z deszczową wodą. Wiedziałem, że zejdą na dół. Wiedziałem, że łomedzie dopóki nie zobaczy mojego trupa. Zmusiłem się by wstać.
Ból był taki, że przed oczami zawirowały czarne kręgi. Zacisnąłem zęby tak mocno, że poczułem smak krwi i poczołgałem się w las. Puszcza białowieska. Pradawny ciemny labirynt, w którym łatwo zginąć na zawsze.
Szedłem potykając się o korzenie, padając w lodowate kałuże, zostawiając za sobą krwawy ślad na pożółkłych paprociach. Ile czasu minęło? Godzina, dwie, wieczność? Nie wiem.
Ciało się poddawało. Chłód wciskał się pod ubranie, zamrażając mięśnie. Padłem na kolana przy ogromnym, powalonym dębie. I zrozumiałem, że już nie wstanę.
Koniec drogi. 10 lat czekania po to, by zdechnąć w błocie pod Białymstokiem. I wtedy zobaczyłem światło, mętny żółty kwadracik okna przez zasłonę deszczu. Poczołgałem się ku niemu na samych rękach, podciągając wlokące się nogi.
Drewniany ganek, schody. Naparłem na dębowe drzwi i straciłem przytomność. Ocknąłem się z parzącego bólu. Nade mną pochylała się twarz kobiety.
Głębokie zmarszczki, oczy czarne i bezdenne jak studnie. Wita. Wtedy nie znałem jej imienia. Nie wiedziałem, że miejscowi uważają ją za wiedźmę.
Widziałem tylko igłę w jej rękach i surową nić, którą ściągała brzegi mojej rany. nie zadawała pytań, nie pytała, kim jestem, kto do mnie strzelał i dlaczego broczę krwią na jej progu. Po prostu robiła swoje twardo, szybko, bez sentymentów. Wepchnęła mi w zęby zwinięty wron ręcznik i zalała ranę jakimś piekącym wywarem.
Zaryczałem przez tkaninę, wyginając się w łókna twardej pryczy. Leż spokojnie! Powiedziała głuchym niskim głosem. Twoja krew pachnie śmiercią, ale śmierć dziś zostanie za progiem.
Skończyła szyć, ciasno owinęła mi żebra czystym płótnem i podała kubek gorącego, gorzkiego naparu. Ciepło rozlało się po przełyku. Ból zaczął ustępować, zastąpiony ołowianą słabością. Zamknąłem oczy, zapadając się w zbawienną ciemność.
Obudził mnie odgłos silników. Gwałtownie otworzyłem oczy. Serce uderzyło w żebra, odbijając się bólem w zszytym boku. Przez szpary w okiennicach przedzierało się szare, poranne światło.
Dźwięk narastał. Ciężki pomruk potężnych silników łamiących gałęzie rozjeżdżających błoto. Znaleźli mnie. Łom puścił swoich ludzi krwawym śladem.
Spróbowałem usiąść. Pokój zawirował przed oczami. Rozejrzałem się w poszukiwaniu broni. Nic.
Tylko kuchenny nóż na surowym stole 3 met ode mnie. 3 met, których teraz nie pokonałbym nawet pod groźbą śmierci. Byłem zupełnie bezbronny. Po raz pierwszy od 10 lat po prostu kawał mięsa czekający na ubój.
Trzasnęły drzwi samochodów, ciężkie kroki, chrzęst gałęzi. Było ich czterech. Słyszałem głosy, słyszałem szczęk przeładowywanych zamków. Hej, gospodyni!
Głos łoma zabrzmiał szorstko, drwiąco. Stał tuż przed gankiem. Otwieraj, póki nie spaliliśmy twojej chałupy razem z tobą. Spojrzałem na Witę.
Siedziała przy piecu, spokojnie przebierając korzonki. Nie wzdrgnęła się, nie próbowała się ukryć. Bez pośpiechu wstała, otrzepała ciemny fartuch i podeszła do drzwi. Chciałem krzyknąć, żeby nie otwierała, żeby uciekała przez tylne okno, ale z wyschniętego gardła wydobył się tylko harkot.
Ci ludzie nie znali litości. Zabiją ją tylko za to, że znalazła się na ich drodze. Vita odsunęła zasuwę. Drzwi zaskrzypiały.
Leżałem w półmroku i nasłuchiwałem. Twarzy nie widziałem, ale czułem napięcie, które zawisło w mroźnym porannym powietrzu. Gdzie on jest? Warknął łom.
Wyobraziłem sobie, jak jego cielsko góruje nad kruchą kobietą. Ślad prowadzi do twoich drzwi, stara. Wydawaj mięso, a odejdziemy. Będziesz milczeć, wyrwę ci język.
Cisza. Vita nie odpowiedziała od razu. Gdy się odezwała, głos nie drżał ani strachu, ani błagania, tylko spokojna pewność wyroku. Szukacie cudzej śmierci, a swoją przyprowadziliście za rękę.
Powiedziała. Słowa padały powoli, jak kamienie do pustej studni. Któryś z bandytów nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Co ty pleciesz, babo?
Głos łoma stracił część pewności siebie. Przebiła się w nim złość człowieka, który zetknął się z czymś, czego nie rozumie. Widzę wasze cienie! Ciągnęła Wita, a jej głos stawał się coraz głośniejszy, wypełniając całą przestrzeń wokół domu.
Już oderwały się od waszych nóg. Ziemia pod wami gnije. Żaden z was nie dożyje niedzieli. Odejdźcie, póki las nie zabrał waszych kości.
Rozległ się krótki, nerwowy chichot jednego z pionków i natychmiast się urwał. Znałem ten typ. Bandyci z lat 90 mogli rozprawiać się z konkurentami bez litości, strzelać z bliska w biały dzień, ale w głębi duszy pozostawali zabobonnymi wieśniakami. Nosili złote krzyże, grube jak palec, i bali się czarnych kotów, klątw i uroku bardziej niż prokuratora.
W zderzeniu z mistycznym spokojem kobiety, którą miejscowi uważali za wiedźmę, ich zwierzęca agresja zacięła się. Daj jej spokój, łom. Wymamrotał jeden. Ona jest stuknięta.
Jak on tu był, to już zdechł. Chodźmy stąd. Przeklęte miejsce. Łom sapnął.
Zaskrzypiała skóra jego kurtki. Wahał się. Instynkt mordercy domagał się, by wejść i przewrócić dom do góry nogami, ale zabobonny strach przed klątwą paraliżował jego wolę. Jeśli się dowiem, że go ukryłaś, wrócę i żywcem zedrę z ciebie skórę.
Rzucił ułom. Ale to była pusta groźba. Groźba człowieka, który się wycofuje. Kroki zaczęły się oddalać.
Trzasnęły drzwi, zaryczały silniki i terenówki. rozbryzgując błoto, potoczyły się precz leśną drogą. Wypuściłem powietrze. Napięcie opuściło ciało, zostawiając po sobie lepki pot.
Drzwi się zamknęły, zgrzytnęła zasuwa. Vita wróciła do izby, podeszła do mojej pryczy i spojrzała na mnie z góry. W jej czarnych oczach nie było ani kropli tej mistyki, którą przed chwilą odstraszyła uzbrojonych bandytów. Była tylko trzeźwa kalkulacja.
Odeszli, powiedziałem ochryple. Odeszli dzisiaj. Odpowiedziała poprawiając opatrunek na mojej piersi. Ale wrócą, gdy zrozumieją, że strach ich oszukał.
Przyniosłeś do mojego domu krew. Jesteś mi winien życie. Patrzyłem sufit. Ból pulsował w rytm uderzeń serca.
Łom odjechał, ale Jeremi wciąż siedział w swoim fotelu w Warszawie, uważając mnie za martwego. I to było moją główną przewagą. Uznali, że zapędzili w kąt ranne zwierzę. Nie wiedzieli, że to zwierzę zdążyło zalizać rany.
Oddam dług. Powiedziałem cicho. Wyrwę to zło z korzeniami, ale potrzebuję czasu i muszę stanąć na nogi. Vita w milczeniu kiwnęła głową i podała mi kubek z nową porcją na paru.
Wypiłem go jednym haustym, nie zwracając uwagi na gorycz. Przede mną było mnóstwo pracy. Mój stary arsenał czekał na mnie w opuszczonym bunkrze, a Jeremi Tarnawski czekał na swoją niedzielę. Niedzielę, której nie dożyje.
Kolejne pięć dup zlało się w jeden nieskończony, lepki koszmar. Gorączka spalała mnie od środka, zamieniając krew w roztopiony ołów. Zapadałem się w majaki, w których wciąż na nowo widziałem zalaną deszczem przednią szybę. Słyszałem suchy trzask serii z karabinów i czułem, jak srebrny wisiorek Lidii wymyka się z moich słabnących palców.
Za każdym razem, gdy krzyczałem w pustkę, na czoło kładła mi się chłodna, twarda dłoń wit. Nie wypowiadała ani słowa pocieszenia. po prostu wlewała mi w usta swoje gorzkie wywar, zmieniała przesiąknięte posą opatrunki i zmuszała moje ciało do walki. Szóstego dnia gorączka ustąpiła.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem szare światło sączące się przez szpary w drewnianych okiennicach. Powietrze w chacie było zatęchłe, przesiąknięte zapachem suszonego tymianku i dymu z pieca. Spróbowałem usiąść. Mięśnie odpowiedziały tępym, ale już znośnym bólem.
Rana w boku ściągnęła się, zamieniając w szpetną sinoczerwoną bliznę. Vita siedziała w kącie, metodycznie rozcierając coś w kamiennym moździerzu. "Przeżyłeś?" stwierdziła, nie podnosząc głowy. Dzięki tobie głos brzmiał ochryple jak trzask suchej gałęzi.
Spuściłem nogi z pryczy. Podłoga była lodowata. muszę iść. Łom nie należy do tych, co wierzą w klątwy na wieki.
Prędzej czy później jego złość weźmie górę nad strachem i wróci z benzyną i zapałkami. Nie mogę narażać cię na cios. Vita odłożyła tłuczek i spojrzała na mnie swoimi czarnymi, niemrugającymi oczami. Mój los nie został napisany ich rękami.
Powiedziała bez żadnego wyrazu. Ale twoja droga prowadzi cię stąd. Idź. Las skryje twoje ślady, dopóki nie spadnie śnieg.
Znalazłem swoje ubranie, wyprane, zacerowane, pachnące popiołem. Ubierałem się powoli, na nowo przyzwyczając się do własnego ciała. Zanim przekroczyłem próg, wyjąłem z wewnętrznej kieszeni kurtki jedyne, co zostało mi z poprzedniego życia. Gruby plik szwedzkich koron, zarobionych potem i krwią w stoczniach.
Położyłem pieniądze na surowym drewnianym stole. Vita nawet na nie spojrzała. Wrócę. Powiedziałem patrząc jej w oczy.
Kiedy wszystko się skończy, obiecuję. Ledwie dostrzegalnie kiwnęła głową. Pchnąłem drzwi i wyszedłem w przejmująco wilgotny listopadowy las. Powietrze było ostre jak brzytwa.
Pod nogami chlupotało zimne błoto wymieszane z gnijącymi liśćmi. Musiałem przejść około 12 km na północ do Starego Zrębu, o którym nie wiedział nikt poza mną. Tam pod warstwą darni i korzeni leżało to, co miało wyrównać moje szanse w wojnie przeciwko całej armii. Szedłem ctery godziny.
Każdy krok odbijał się pulsowaniem w zszytym boku, ale zmuszałem się, by nie zwalniać tempa. Nienawiść była najlepszym środkiem przeciwbólowym. Myślałem o Jeremim, o tym jak teraz siedzi w skórzanym fotelu w Warszawie, pewny swojej nietykalności. zbudował imperium na kościach, otoczył się kupioną policją i bezmózgimi zbirami i zapomniał: "Najtrwalsze imperia walą się nie od ciosu z zewnątrz, lecz od trucizny od środka.
Tą trucizną teraz byłem ja." Las zaczął żednąć. Rozpoznałem punkty orientacyjne. Dwa zrośnięte dęby przypominające krzywą bramę i ogromny głaz porośnięty gęstym mchem. Opadłem na kolana u podstawy głazu i zacząłem rękami rozgrzebywać mokrą ziemię i przegniłe liście.
Palce szybko zdrętwiały z zimna, ale wkrótce pod paznokciami zazgrzytał metal. Stary radziecki bunkier łączności opuszczony jeszcze pod koniec lat 70. Natknąłem się na niego przypadkiem, gdy razem z Jeremim dopiero zaczynaliśmy wytyczać swoje szlaki i zrobiłem z niego osobisty schowek. Miejsce, o którym nie wiedział nawet mój najlepszy przyjaciel.
Intuicja, która ostatecznie ocaliła mi życie. Wymacałem kółko, włożyłem w zamek klucz, który przez 10 lat nosiłem na szyi razem z wisiorkiem Lidii i z wysiłkiem przekręciłem. Zamek ustąpił z głuchym kliknięciem. Naparłem całym ciężarem, odrzucając zardzewiałą stalową płytę.
Z ciemności buchnęło wilgocią, olejem maszynowym i za stałym czasem. Zszedłszy po betonowych stopniach, wymacałem na ścianie wyłącznik autonomicznego generatora. Cud się nie wydarzył. Baterie dawno padły.
Musiałem wyjąć z kieszeni chemiczne źródło światła. Mętna zielonkawa poświata wyrwała z mroku niewielkie betonowe pomieszczenie. Wzdłuż ściany stały trzy wojskowe skrzynie. Odchyliłem wieko o pierwszej.
W środku starannie owinięte w naoliwioną tkaninę leżały moje narzędzia. Rozwijałem je powoli, jak starych przyjaciół. Wszystko to zebrałem jeszcze w tych latach, gdy stare wojskowe znajomości otwierały drzwi zamknięte dla zwykłych ludzi. Pistolet maszynowy ze zintegrowanym tłumikiem, niezawodny, zdolny bić niemal bezgłośnie.
Dwa pistolety wojskowe, pudełka z amunicją. W drugiej skrzyni ekwipunek taktyczny, gruba kewlarowa kamizelka kuloodporna, wojskowa maska przeciwgazowa z zapasowymi filtrami, noktowizor i sześć masywnych granatów z mocnym gazem łzawiącym, jakim rozpędzano najbardziej brutalne zamieszki. Baterie noktowizora przez 10 lat wgły na amen, ale to była rozwiązywalna bieda. Świeże ogniwa znajdą się w każdym mieście.
Wziąłem pistolet, wyciągnąłem magazynek, sprawdziłem sprężynę i z suchym kliknięciem wsunąłem go z powrotem. Rękojeźdź legła w dłoni, tak jakbym nie wypuszczał jej przez wszystkie te 10 lat. Nie byłem już rannym z biegiem. Znów stałem się sokołem.
Przebrawszy się w suche ciemne ubranie z trzeciej skrzyni, rozłożyłem broń po kieszeniach torby sportowej, zarzuciłem ją na ramię i wydostałem się na powierzchnię. Starannie zamaskowszy wejście, ruszyłem do najbliższej stacji kolejowej. Musiałem dostać się do Warszawy, ale zanim zadałbym cios, potrzebowałem oczu i uszu w mieście, które zmieniło się nie do poznania. Podczas mojej nieobecności na stacji kupiłem bilet na podmiejski pociąg za gotówkę ze schowka.
Wagon był w połowie pusty. Pachniał mokrą wełną i tanim tytoniem. Za oknem przemykały szare krajobrazy polskiej prowincji końca lat 90. Kraj przeżywał bolesną transformację.
Radzieckie hasła zastąpiły jaskrawe billboardy, ale pod tą cienką warstwą neonu krył się ten sam brud, tyle że teraz kosztował drożej. Warszawa powitała mnie mrżącym deszczem i pomrukiem korków. Do centrum nie pojechałem. Moja droga wiodła na Pragę, stary obdrapany rejon na prawym brzegu Wisły, gdzie prawa zawsze miały jedynie charakter doradczy.
Potrzebowałem człowieka o imieniu Maciej, niegdyś drobnego pasera obdarzonego fenomenalną pamięcią i patologicznym tchórzostwem. To właśnie to tchórzostwo czyniło z niego niezastąpionego informatora. W wielkie sprawy nigdy się nie pchał, ale zawsze wiedział, kto, z kim i za ile. Znalazłem go w półpiwnicy zamaskowanej jako sklep z antykami.
Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał, gdy wszedłem do środka. Powietrze było tu gęste od kurzu i zapachu starego papieru. Maciej siedział za ladą, przecierając szmatką pociemniałą mosiężną lampę. Jakieś 50 lat, a wyglądał na wszystkie 70.
Oczy, które bez przerwy biegały z boku na bok. Podniósł wzrok i szmatka wypadła mu z rąk. Matko Boska! Szepnął wciskając się w oparcie krzesła, tak jakby chciał zapaść się w ścianę.
Soku, ty nie żyjesz. Zabili cię 10 lat temu pod Gdańskiem. Jak widzisz, pogłoski o mojej śmierci były nieco przesadzone. Podszedłem do lady, położyłem dłoń na szybie i nachyliłem się ku niemu.
Witaj Maciej, źle wyglądasz. Czego chcesz, Kajetan? Jego głos drżał. obejrzał się na drzwi, jakby spodziewał się, że za mną wejdą duchy.
Jeśli Jeremi się dowie, że tu jesteś, że w ogóle oddychasz tym samym powietrzem, co on, spali ten rejon razem ze mną. Jeremi niczego się nie dowie, dopóki sam tego nie zechce. Wyjąłem z kieszeni plik banknotów i rzuciłem na ladę. Potrzebuję informacji, wszystkiego, gdzie śpi, z kim je, jak działa jego ochrona.
I co najważniejsze, gdzie będzie w ten weekend? Maciej przełknął ślinę, patrząc na pieniądze. Chciwość walczyła w nim ze strachem, ale strach przede mną okazał się silniejszy. Zgarnął banknoty drżącymi palcami i schował do szuflady stołu.
Nie rozumiesz, w co się pakujesz. Szeptał, nachylając się bliżej. Tarnawski to już nie tylko przemytnik. To absolutna władza.
Położył się pod Wołomińskimi, zagarnął cały tranzyt heroiny. Policja jemu z ręki. Sędziowie grają z nim w golfa. Ma armię Kajetan, prawdziwą armię.
Ludzie pokroju Woloma to tylko wierzchołek góry lodowej. Są bojownicy, co przeszli przez gorące punkty. Oni nie zadają pytań. Mam gdzieś jego armię.
Mój głos był równy i cichy. Potrzebuję jego i muszę wiedzieć, gdzie znaleźć jego czarną księgowość. Człowiek jego pokroju nie trzyma wszystkiego w głowie. Muszą być listy, rachunki, nazwiska kupionych urzędników.
Maciej nerwowo oblizał spierzchnięte wargi, wyjął z podlady paczkę papierosów, zapalił, zaciągnął się głęboko. Dym zawisł między nami sinawą zasłoną. Masz szczęście, jeśli to można nazwać szczęściem. Powiedział wypuszczając dymnozdami.
W tę sobotę Jeremi zwołuje na radę wielką. Przyjadą bosowie wołomińskich, paru urzędników z ministerstwa, naczelnicy celników. Będą dzielić nowe trasy na zachód. Jeremi lubi mydlić oczy.
Chc im pokazać, kto tu jest prawdziwym gospodarzem. Gdzie srebrny? Maciej wymienił jeden z najbardziej ponurych budynków w centrum Warszawy. Ogromny, brutalistyczny potwór z szarego betonu, zbudowany jeszcze za komuny, teraz wykupiony przez osoby prywatne.
Najwyższe 16 piętro. Urządzono tam zamknięte podziemne kasyno. Wstęp tylko dla swoich. Osobna winda.
Ochrona na każdym metrze. Tam się nie wedrzesz nawet z dywizją czołgów. Wszystkie dokumenty, gotówka na łapówki, wszystko będzie tam w jego osobistym sejfie w gabinecie za kasynem. Na takich spotkaniach zawsze trzyma papiery przy sobie, żeby od razu odnotowywać udziały.
Zamknąłem oczy, przywołując w pamięci architekturę hotelu. Znałem ten budynek. Ogromny betonowy sześcian, wąskie okna, skomplikowane systemy wentylacji projektowane z myślą o zagrożeniu jądrowym. Twierdza.
Ale każda twierdza ma martwy punkt. Ilu ludzi w ochronie? Na samym piętrze około 20 osób. Szybko zaczął mówić Maciej, ciesząc się, że może być przydatny.
Wszyscy uzbrojeni. Na dole w lobby jeszcze 10 plus osobista ochrona gości. To samobójstwo, Kajetan, ty jeden przeciwko półsetce zawodowców. Nie zamierzam urządzać z nimi pojedynku na otwartym terenie.
Otworzyłem torbę, sprawdziłem zapięcia kamizelki kuloodpornej. Jak działa wentylacja na najwyższym piętrze. Maciej zamrugał ze zdumieniem i wtedy jego oczy rozszerzyły się ze zrozumienia. Tam jest jeden wspólny system klimatyzacji dla całego kasyna.
Szepnął. Piętro techniczne jest dokładnie nad nimi, pod samym dachem, ale prowadzi tam tylko schody pożarowe z 15 piętra, drzwi na zamkach magnetycznych. Zamki magnetyczne można obejść, jeśli dostać się do nich z zewnątrz. Powiedziałem, a do soboty mam dwa dni, żeby znaleźć w tej twierdzy słaby punkt.
Dostałem wszystko, czego było mi trzeba. Odwróciłem się i poszedłem do wyjścia. Kajetan zawołał za mną Maciej. Zatrzymałem się nie odwracając.
Zabiją cię. Nawet jeśli dotrzesz do Jeremiego. Stamtąd nie ma wyjścia. Ten, którego zabili pod Gdańskiem, dawno leży w ziemi.
Rzuciłem przez ramię. Nie mam nic do stracenia. A oni mają. Wyszedłem na ulicę.
Deszcz się wzmłąc z asfaltu miejski brud. Do soboty zostały dwa dni. Dwa dni na to, by zbadać podejścia do hotelu, wyliczyć czas i przygotować sprzęt. Wynająłem tani pokój w motelu na obrzeżach, płacąc z góry.
Zamknąłem drzwi, zaciągnąłem grube zasłony i rozłożyłem na skrzypiącym łóżku swój arsenał. kamizelka kuloodporna, pistolet maszynowy, zapasowe magazynki, nóż, maska przeciwgazowa. Sprawdziłem każdy element. Rozłożyłem i złożyłem broń na ślepo, wsłuchując się w dźwięk trących się części.
Ten dźwięk uspokajał lepiej niż jakikolwiek środek nasenny. Włożyłem do noktowizora świeże baterie, kupione za dnia w mieście. Pstryknąłem przełącznikiem. Zielony ekran posłusznie ożył.
W piątek wieczorem wyruszyłem na rozpoznanie. Hotel srebrny górował nad miastem jak gigantyczny betonowy nagrobek. Wokół wrżało życie. Świeciły neonowe szyldy, trąbiły samochody, spieszyli się ludzie, ale sam budynek wydawał się martwy.
Tylko na samym najwyższym sast piętrze paliło się równe żółtawe światło. Obszedłem hotel dookoła, odnotowując rozmieszczenie kamer, posterunki ochrony, wyjścia awaryjne. Maciej miał rację. Wejście główne kontrolowali ludzie o wojskowej postawie.
sprawdzali listy, skanowali gości, odsiewali przypadkowych przechodniów. Przejść przez lobby było niemożliwe, ale mnie interesowało co innego. Tylna elewacja wychodząca na głuchy, nieoświetlony zaułek. Ciągnęły się tam zewnętrzne schody pożarowe, zardzewiałe i skrzypiące, prowadzące aż do piętra technicznego.
Dolny bieg był odcięty, by uniemożliwić wtargnięcie z ulicy, ale dla człowieka, który nie ma nic do stracenia, to nie była przeszkoda. Stałem w cieniu za ułka, patrząc w górę na uciekającą w ciemne niebo metalową konstrukcję. Deszcz drobnymi kroplami bił mnie po twarzy. Wyobraziłem sobie salę na górze.
Śmiech ludzi, którzy uważają się za bogów. Ludzi, którzy wydali rozkaz rozstrzelania mojego samochodu, przez których Lidia wykrwawiła się w moich rękach. Bok głucho zabolał, przypominając o spotkaniu z Łomem. Vita rzuciła za nimi coś o klątwie, o rychłej śmierci.
Nie wierzyłem w cygańskie klątwy. Wierzyłem w kaliber 9 mm, w przewagę taktyczną i w efekt zaskoczenia. Wróciłem do motelu, nastawiłem budzik na 9:00 wieczorem, sobotę i położyłem się prosto w ubraniu. Zamknąłem oczy i po raz pierwszy od dawna nie śniły mi się koszmary.
Śniła mi się tylko cisza, ta, która wkrótce spowije 16 piętro betonowego potwora. Sobotni wieczór wypadł bezksiężycowy i wietrzny. Lepszej pogody na to, co zamierzałem, nie można było wymyślić. Włożyłem czarny taktyczny golf.
Mocno zacisnąłem pasy kewlarowej kamizelki kuloodpornej. Pistolet maszynowy legł piersi, zaczepiony na jednopunktowym pasie. Zapasowe magazynki w taktyczną kamizelkę. Ciężkie granaty z gazem łzawiącym w kieszenie pasa, maskę przeciwgazową i noktowizor przymocowałem do uda.
Na szyi pod grubą tkaniną chłodził skórę srebrny wisiorek. Podjechałem pod hotel godzinę przed północą skradzionym niepozornym sedanem, zostawiając go trzy przecznice od celu. Dalej pieszo, zlewając się z cieniami podwórek i załuków. Miasto żyło swoim życiem, nie podejrzewając, że właśnie teraz nad ich głowami dzieje się historia.
Głuchy zaułek za hotelem powitał mnie znajomą wilgocią i zapachem gnijących śmieci. Podszedłem do ściany. Dolna sekcja schodów pożarowych urywała się na wysokości 4 metrów. Wyjąłem z plecaka zwój liny wspinaczkowej z hakiem kotwicą owiniętym taśmą izolacyjną dla bezgłośności.
Rozkręciłem, wycelowałem, rzuciłem w górę. Hak mi zaczepił się o zardzewiały szczebel. Pociągnąłem, sprawdzając pewność i zacząłem wspinaczkę. Mięśnie pleców i rąk płonęły z napięcia, ale wspinałem się w górę piętro za piętrem.
Wiatr się wzmagał, kołysząc zardzewiałą drabiną. Pod nogami rozwierała się czarna otchłań. 10 piętro, 12, 14. Rana w boku odzywała się na każde podciągnięcie tępymi szarpnięciami i czułam, jak pod opatrunkiem znów zrobiło się gorąco.
Na poziomie 15 piętra zatrzymałam się przyciskając plecy do zimnego betonu, łapiąc oddech. Dokładnie nade mną znajdował się poziom techniczny. Dotarłem do zewnętrznego modułu sterowania zamkiem magnetycznym. Jeden wyważany ruch wojskowym nożem i system zabezpieczeń został unieszkodliwiony.
Iskra. Krótkie syknięcie i czerwona dioda na zamku zgasła. Ostrożnie pociągnąłem metalowe drzwi ku sobie. Ustąpiły bez skrzypnięcia.
Wszedłem w nieprzeniknioną ciemność piętra technicznego. Powietrze było tu suche, wypełnione pomrukiem potężnych turbin wentylacyjnych. Opuściłem na oczy noktowizor. Świat zabarwił się ostrymi zielonymi tonami.
Przede mną ciągnęły się grube aluminiowe kanały wentylacyjne rozchodzące się pajęczyną po całym piętrze. Znalazłem główny węzeł rozdzielczy doprowadzający powietrze wprost do sali kasyna i przyległych gabinetów. Wyjąłem z kieszeni pasa sześć granatów z gazem. Zwykły policyjny gaz do rozpędzania zamieszek.
Ale liczyłem nie na sam skład, lecz na zamkniętą przestrzeń. Na szczelnie zamkniętym betonowym piętrze, gdzie powietrze gania w kółko jeden jedyny system wentylacji. Sześć granatów zamieni salę w komorę gazową. Oddychać tam nie będzie czym.
Oczy, gardło, płuca odmówią posłuszeństwa w ciągu paru minut. Gaz nie zabije, ale wybije z każdego woleoru. Aktywowałem granaty z gazem i posłałem je prosto do systemu wentylacji, pozwalając turbinom zrobić resztę. Powietrze porwało truciznę i poniosło ją w dół, kanałami do luksusowych sal, gdzie dzwoniły kieliszki i rozstrzygały się losy.
Gaz rozchodził się nierównomiernie, gdzieś gęściej, gdzieś słabiej i wiedziałem, że ktoś zdąży rzucić się ku schodom, ale zamknięte piętro z jednym jedynym obiegiem wentylacji działało przeciwko nim. Uciec nie było szczególnie dokąd. Naciągnąłem maskę przeciwgazową, sprawdziłem szczelność. Opuściłem na oczy okulary noktowizora.
Wziąłem do rąk pistolet maszynowy, zdejmując go z bezpiecznika. Przez kratki wentylacyjne z dołu dobiegł pierwszy krzyk. Za nim kaszel, brzęk tłuczonego szkła, łoskot przewracanych krzeseł. Najpierw zagubienie, potem narastające wycie dziesiątek ludzi, którym z każdą sekundą trudniej było oddychać.
Panika rozgorzała jak pożar. Techniczny właz wychodził do służbowego zakamarka przy korytarzu przed gabinetem Jeremiego. Rozkład tego piętra Maciej opisał mi w najdrobniejszych szczegółach. Wykopałem kratę nogami i zeskoczyłem w dół.
Rądowanie wyszło twarde, odbiło się błyskiem w rannym boku i przez parę sekund po prostu klęczałem na czworakach w kłębiącej się białej chmurze, przeczekując ból. Spektakl się zaczął. A w tym teatrze śmierci miałem rolę główną. Moje buty miękko opadły na gruby wełniany dywan.
Korytarz przed gabinetem Jeremiego przypominał teraz przedsionek piekła. Gęsty, mleczno-biały dym wypełzał z kratek wentylacyjnych z sykiem rozwścieczonego węża. Przez filtry maski słyszałem własny, miarowy oddech. Wdychałem czyste, chłodne powietrze, podczas gdy świat wokół dusił się i umierał ze strachu.
Włączyłem noktowizor. Myczna mgła zniknęła, zastąpiona ostrymi zielonymi konturami. 2 metry ode mnie po podłodze wił się człowiek, ochroniarz w drogim garniturze. Zerwał z szyi jedwabny krawat, w panice zasłaniając twarz rękami i daremnie próbując ratować się przed gryzącym, oślepiającym dymem.
Gaz nie zabijał, ale w tym betonowym pudle bez okien nie było gdzie się przed nim ukryć. Łamał najtwardszych, zamieniając ich w duszących się oślepionych łzami ludzi. Przeszedłem nad nim, nie zwaniając kroku. Nie był moim celem.
Z głównej sali kasyna dobiegał chór dźwięków, które na zawsze wryły mi się w pamięć. Stuk odot spadających żetonów, brzęk tłukącego się szkła, głuche uderzenia przewracanych stołów do ruletki i ten jeden zagłuszający wszystko dźwięk. Zbiorowy paniczny kaszel przechodzący w Harkot. Ludzie, którzy jeszcze minutę temu dzielili między sobą miasta i rynki, uważający się za absolutnych panów życia i śmierci, teraz pełzali po podłodze jak robaki, błagając o łyk czystego powietrza.
Zatrzymałem się przy podwójnych drzwiach prowadzących do głównej Sai. Zanim wszedłbym do gabinetu Jeremiego, trzeba było zabezpieczyć tyły. Lekko pchnąłem skrzydło. Zielony świat w okularach odsłonił scenę absolutnego upadku.
Kilkudziesięciu mężczyzn, bosowie struktur wołomieńskich i pruszkowskich, skorumpowani urzędnicy, dyrektorzy, tracili resztki godności. Ktoś na ślepo wymachiwał pistoletem, wykrzykując coś niezrozumiałego przez łzy i ślinę. Znałem ten stan. Gdy brakuje tlenu, mózg wyłącza logikę.
Pozostaje tylko ślepy instynkt. Jeden z ochroniarzy, otyły mężczyzna z wytatuowaną szyją, zdołał doczołgać się do ściany. oparł się o nią, podnosząc broń. Wystrzelił w sufit, strącając jeden z żyrandoli.
Odłamki kryształu posypały się na duszący się tłum, wzmagając panikę. Zamierzał wystrzelić ponownie, tym razem prosto przed siebie w gęstą mgłę. Wyszedłem z cienia. Kroki tłumił gruby dywan.
Zbliżyłem się do niego z lewej strony, pozostając w martwej strefie jego wzroku. Broni palnej nie użyłem. Huk wystrzał, choćby przytłumiony, dałby im punkt orientacyjny. Chwyt za szyję od tyłu, ucisk na tętnicę.
Szarpnął się, próbował mnie zrzucić, ale gaz już wyżarł mu płuca i sił nie zostało. Po kilku sekundach ciało zwiotczało. Broń wyśliznęła się na dywan. Gotowe.
Wycofałem się z powrotem do korytarza. Gęstość gazu osiągnęła krytyczny poziom. Zwykli ludzie nie mogli tu funkcjonować. Na mapie tego piętra pozostał już tylko jeden punkt.
Drzwi z machoniu na samym końcu korytarza. Gabinet Jeremiego Tarnawskiego. Podszedłem do nich. Zamek był elektroniczny na kartę magnetyczną.
Komunistyczny betonowy bunkier na zewnątrz, zachodnia elektronika w środku. Jeremi zawsze lubił drogie zabawki. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wysadzić zamka, ale to zniszczyłoby element zaskoczenia. Zamiast tego wróciłem do leżącego w korytarzu pierwszego ochroniarza.
Przeszukałem mu kieszenie. Znalazłem to, czego szukałem. Uniwersalną kartę magnetyczną na sznurku. Przyłożyłem plastik do czytnika.
Dioda mignęła na zielono. Mechanizm wewnątrz drzwi cicho szczęknął, zdejmując blokadę. Pchnąłem drzwi ramieniem i wszedłem, od razu schodząc z linii możliwego strzału. Gabinet był ogromny.
Regały wypełnione książkami, których nikt nigdy nie czytał. Gaz z wentylacji jeszcze nie dotarł tu w pełnym stężeniu. System klimatyzacji w tym pomieszczeniu działał najwyraźniej autonomicznie, odcięty od wspólnego obiegu kasyna. Powietrze było tylko lekko zadymione.
Zsunąłem noktowizor z oczu, dając im przywyknąć do przytłumionego światła lampki biurkowej. Jeremi Tarnawski stał przy otwartym sejfie wmontowanym w ścianę za masywnym dębowym biurkiem. Miał na sobie grafitowy garnitur, włosy niegdyś ciemne, teraz przypruszyła siwizna, ale sylwetka pozostała taka sama. Szerokie ramiona, prosty kark nigdy przed nikim nie musiał się kłaniać.
W pośpiechu upychał do skórzanej torby pliki banknotów i czarne notesy w skórzanych oprawach. Zrozumiał, co dzieje się na zewnątrz. Zrozumiał, że to nie nalot policji. Policja krzyczy, używa megafonów, z hukiem wyważa drzwi.
Ta cisza, przerywana jedynie kaszlem duszących się ludzi oznaczała zawodowców, a przed zawodowcami należało uciekać. zatrzasnął torbę i odwrócił się, trzymając w prawej ręce chromowany rewolwer i znieruchomiał. Staliśmy naprzeciwko siebie w odległości 10 m. Ja w czarnym taktycznym sprzęcie z twarzą skrytą za maską przeciwgazową z lufą pistoletu maszynowego wymierzoną prosto w jego pierś i on król Warszawy ściskający w ręce bezużyteczny kawałek metalu.
Cisza w gabinecie była tak gęsta można ją było kroić nożem. Słyszałem tykanie drogiego zegarka na jego nadgarstku. Kim jesteś? zapytał Jeremi.
Głos niski, spokojny, ani cienia strachu, tylko czujna kalkulacja. Próbował ocenić z kim ma do czynienia. Konkurenci, służby specjalne, płatny zabójca. Nie odpowiedziałem.
Powoli, nie opuszczając broni, lewą ręką sięgnąłem do zapięć maski. Odpiąłem pasy. Guma cmnęła z cichym pacnięciem. Ściągnąłem maskę z twarzy i rzuciłem ją na gruby dywan.
Powietrze w gabinecie pachniało drogimi cygarami i starym papierem. Głęboko wciągnąłem je do płuc. Jeremi zmrużył oczy, wpatrując się w moją twarz, w bliznę przecinającą policzek, w martwy nieruchomy wzrok, wykuty przez dekadę na mroźnych nabrzeżach północy. Zobaczyłem moment, w którym jego umysł złożył fakty w całość.
Moment, w którym racjonalny, okrutny świat mafijnego bossa zderzył się z duchem przeszłości. Ręka z rewolwerem opadła wzdłuż ciała. Chromowana stal stuknęła o udo. Kajetan szepnął.
Twarz stała się szara jak popiół. To niemożliwe. Widziałem jak samochód zalał się krwią. Widziałem jak spadałeś do zatoki.
10 lat. Jeremii. Głos mój był spokojny, pozbawiony jakichkolwiek emocji ani gniewu. Gniew dawno wypalił się do cna.
Pozostała tylko czysta, zabójcza precyzja. 3650 dni. Każdego z nich wyobrażałem sobie ten moment. Zrobiłem krok naprzód.
Jeremi cofnął się, uderzając plecami o otwarte drzwiczki sejfu. Człowiek, który trząsł połową kraju, nagle skurczył się, stał się mały i żałosny. W jego oczach zobaczyłem to samo, co widzieli jego pachołkowie w lesie na Podlasiu. Pierwotny strach.
Kajetan, posłuchaj mnie. Zaczął mówić szybko, gorączkowo, gestykulując lewą ręką. Rewolwer w prawej wciąż wisiał bezużytecznie. Byliśmy braćmi.
To, co stało się pod Gdańskiem, to był błąd. Tak nie powinno było być. Wołomieńscy naciskali. powiedzieli, że jeśli cię nie usunę, zabiją nas obu.
Zrobiłem to, żeby przeżyć. Musisz zrozumieć. To był tylko interes. Słuchałem tych słów, a w głowie przewijał się wciąż ten sam kadr.
Deszcz, roztrzaskane szkło, krew Lidii na moich dłoniach, jej otwarte, niewidzące oczy. Powolnym ruchem sięgnąłem pod kołnierz czarnego taktycznego golfu. Wyciągnąłem na wierzch srebrny wisiorek na cienkim łańcuszku. Srebro błysnęło w świetle lampki.
Wzrok Jeremiego padł na wisiorek. Zrozumiał. Zrozumiał, że żadne słowa, żadne miliony leżące w torbie za jego plecami nie mają tu najmniejszego znaczenia. Lidia, to nie był interes.
Powiedziałem cicho. Jeremi rozpaczliwym, szarpanym ruchem spróbował poderwać rewolwer. Chciał strzelić. Instynkt samozachowawczy wziął górę nad paraliżującym strachem.
spóźnił się o ułamek sekundy. Nacisnąłem spust. Zintegrowany tłumik trzykrotnie krótko, sucho zakaszlał. Seria odrzuciła Jeremiego do tyłu, uderzył tyłem głowy o krawędź sejfu i osunął się na podłogę, ciągnąc za sobą skórzaną torbę.
Banknoty wysypały się na dywan, mieszając się z powoli rosnącą ciemną kałużą. Stanąłem nad nim. Oczy miał otwarte, wpatrzone w sufit, z wyrazem bezgranicznego zdumienia. Żadnych ostatnich słów, żadnych filmowych pożegnań.
Po prostu śmierć brudna i ostateczna. Dług został spłacony. Opuściłem broń. Przez kilka sekund patrzyłem na ciało człowieka, z którym kiedyś dzieliłem chleb i plany na przyszłość.
Ani triumfu, ani ulgi. Wewnątrz była tylko pustka. głucha i bezkresna. Czas uciekał.
Gaz w głównej sali stopniowo tracił swoje właściwości. Za kilka minut ktoś na dole zorientuje się, że łączność z górnym piętrem się urwała. Trzeba było działać. Przykucnąłem przy otwartym sejfie.
Odsunąłem na bok zakrwawione pliki banknotów i wyciągnąłem czarne notesy, które Jeremi próbował ocalić. czarna księgowość. Rejestr wszystkich łapówek. Nazwiska skorumpowanych polityków, oficerów policji, numery zagranicznych kont i trasy przerzutu narkotyków.
Materiał obciążający to zbyt słabe słowo. To była bomba atomowa podłożona pod fundament całego polskiego świata przestępczego lat 90. Wrzuciłem notesy do plecaka. Wzrok padł na rozsypane pieniądze.
Setki tysięcy dolarów i marek niemieckich. Pieniądze zarobione na ludzkim nieszczęściu, na strachu i nałogach nie były mi potrzebne. Moim jedynym celem była zemsta, ale wtedy pomyślałem o niej, o WI, o kobiecie, która wyrwała mnie ze szponów śmierci, nie zadając pytań, która ryzykowała własnym życiem, stając na drodze uzbrojonym bandytom. Pieniądze mogły dać jej wolność, pozwolić zniknąć, zacząć od nowa tam, gdzie nikt nie nazwie jej przeklętą.
Zgarnąłem z podłogi czystą część banknotów i rozpchnąłem je po bocznych kieszeniach plecaka. Zamek zasunął się z cichym zgrzytem. Zarzuciłem plecak na ramiona. Ruszyłem w stronę wyjścia, gdy ciszę gabinetu nagle przeszył ostry elektryczny trzask.
Spojrzałem na biurko. Leżał tam policyjny radiotelefon marki Motorola. Zielona dioda na obudowie migała w równym rytmie. Ktoś wychodził na antenę na zaszyfrowanym kanale.
Podszedłem do biurka i nacisnąłem przycisk odbioru. Z głośnika popłynął głos zniekształcony zakłóceniami, ale wciąż doskonale rozpoznawalny głos, na którego dźwięk przestałem oddychać. Szefie, tu łom odbiór. Patrzyłem na martwe ciało Jeremiego.
Nie mógł odpowiedzieć. Radiotelefon zatrzeszczał ponownie. Wiem, że masz naradę, ale sprawę trzeba zamknąć. Kasyno chłopaki dopilnują bez nas.
Jesteśmy na Podlasiu. Wróciliśmy do tej chaty. Wiedźma jest u nas. Kończymy tu i odjeżdżamy bez odbioru.
Trzask. i cisza. Oparłem dłonie o blat. Serce, które przed chwilą biło równo, wypadło z rytmu.
Łoma nie było w kasynie. Nie było go wśród tych, których przed chwilą zneutralizowałem. Jego zranione ego, jego chorobliwa duma nie pozwoliły zapomnieć upokorzenia na ganku starej chaty. Zabrał swoich ludzi i wrócił do lasu, żeby udowodnić sobie, że nie boi się klątw.
Wita była sama. bezbronna wobec czterech uzbrojonych spragnionych krwi i zbilów. Spojrzałem na zegarek z Warszawy w głąb Puszczy Białowieskiej 250 km. Zwykle tr godziny drogi nocą pustymi drogami na granicy możliwości jakieś dwie.
A oni byli tam już od dawna. Pozostawała jedna nadzieja. Łom nie odjedzie dopóki nie upewni się, że nie żyje. A to znaczy, że najpierw będzie wytrząsał z wity, gdzie mnie szukać.
To właśnie mogło kupić mi minuty. Czasu na plany nie było. Nie było czasu na zacieranie śladów. Chwyciłem maskę przeciwgazową, naciągnąłem ją na twarz i wybiegłem z gabinetu.
Korytarz wciąż tonął w gęstym dymie, ale z klatki schodowej dobiegały już krzyki. Ochrona z niższych pięter próbowała przedrzeć się na górę. Nie zwracając na nich uwagi, rzuciłem się do drzwi technicznych. Wpadłem na schody ewakuacyjne zbiegając po stopniach co trzeci.
Oddech świszczał w filtrach maski. Ból w rannym boku wrócił ze zdwojoną siłą, rozrywając tkanki przy każdym wstrząsie, ale całkowicie go ignorowałem. Adrenalina pompowała w mięśnie nieludzką siłę. Wyskoczyłem na parter od strony kuchennego zaplecza.
Drzwi ewakuacyjne były zablokowane od wewnątrz masywną belką. Uderzyłem w nią ramieniem całym ciężarem. Belka pękła suchym trzaskiem. Wytoczyłem się w chłodne nocne powietrze ciemnego zaułka za hotelem.
Deszcz ustał, ale ulice wciąż lśniły od wilgoci. Zerwałem maskę i cisnąłem ją do najbliższego kontenera na śmieci. Biegłem ciemnymi uliczkami Pragi do miejsca, gdzie zostawiłem skradziony samochód. W głowie był tylko jeden obraz.
Twarz wity, jej spokojne czarne oczy. Obiecałem jej, że wrócę, gdy wszystko się skończy. Nie mogłem pozwolić, by moja wojna pochłonęła jedynego niewinnego człowieka, który podał mi rękę. Dotarłem do samochodu.
Silnik zaskoczył za pierwszym przekręceniem kluczyka. Ruszyłem z miejsca, zostawiając na mokrym asfalcie czarne ślady palonej gumy. Wyjeżdżając na wschodnią trasę wcisnąłem gazu do dechy. Wskazówka prędkościomierza popełzła w górę.
100 110 na wąskiej dwupasmówce wijącej się przez śpiące wsie. To było już poza granicą rozsądku. Stary silnik wyłciążenia, ale nie zamierzałem zwalniać. Ciemna, śpiąca Polska przemykała za oknami rozmazaną taśmą filmową.
Przede mną była tylko ciemność, wstęga szosy i wyścig ze śmiercią. Wyścig, którego nie miałem prawa przegrać. Wskazówka prędkościomierza drżała przy 120. Więcej te drogi nie wybaczały.
Stary silnik skradzionego sedana wył na granicy możliwości, krztusząc się z przeciążenia, ale ja tylko mocniej wciskałem w podłogę. Ciemna, mokra wstęga szosy leciała naprzeciw, rozcinając nocną mgłę matowym światłem reflektorów. Warszawa z jej neonowymi szyldami, skorumpowanymi urzędnikami i trupem Jeremiego na drogim dywanie gabinetu została daleko za mną. Przede mną była tylko bezksiężycowa pustka wschodniej Polski i czas, którego prawie mi nie zostało.
250 km. Zwykle to trzy godziny drogi. Tych godzin nie miałem. Pędziłem tak, jakby zależało od tego nie jedno życie.
lecz sama równowaga świata. W pewnym sensie tak właśnie było. Vita wyciągnęła mnie z tamtego świata. Nie zadawała pytań, nie prosiła o pieniądze, po prostu zrobiła to, co musiała.
A ja przyprowadziłem na jej próg śmierć. Tej winy nie mogłem unieść, tylko nie znowu. Wystarczyło 10 lat samotności na mroźnych skandynawskich stoczniach, gdzie każdej nocy wypływała przede mną zalana krwią twarz Lidii. Wskazówka prędkościomierza znów drżała przy 120.
Ból w prawym boku wrócił. Adrenalina, która trzymała mnie przez cały szturm hotelu, powoli ustępowała, robiąc miejsce wyczerpaniu. Świeże szwy naprężyły się do granic możliwości. Pod grubą tkaniną golfu znów robiło się gorąco i wilgotno.
Krew, ciało krzyczało o litość, domagało się postoju, ale umysł pozostawał trzeźwy i jasny. Opuściłem szybę. Lodowaty listopadowy wiatr uderzył w twarz, wybijając resztki zmęczenia. Powietrze pachniało już inaczej.
Benzyna i miejski smok ustąpiły gęstemu pierwotnemu zapachowi wilgotnej ziemi i przegniłego igliwia. Zbliżałem się do Podlasia, do pradawnych granic Puszczy Białowieskiej. Na fotelu pasażera leżał ciężki plecak, w środku czarna księgowość Jeremiego. Dokumenty zdolne zniszczyć połowę świata przestępczego kraju i pliki gotówki zabrane z sejfu.
Teraz to wszystko nie znaczyło nic. Jedyną wartością tej nocy były minuty. Droga zwęziła się zamieniając wkręty korytarz ściśnięty z obu stron ścianą wiekowych drzew. Zgasiłem reflektory, zostawiając tylko światła pozycyjne.
Oczy dawno przywykły do ciemności. Znałem ten las. Znałem jego ścieżki, jego martwe punkty, jego zwyczaje. Do zjazdu na polną drogę prowadzącą do chaty z Nachorki zostawało jakieś 5 km.
Gwałtowne uderzenie w hamulce. Samochód zarzuciło na mokrym asfalcie. Opony żałośnie zapiszczały, a sedan z rozpędu wjechał w gęste zarośla na poboczu, znikając z drogi. Dalej jechać nie było można.
Odgłos silnika rozniósłby się po nocnym lesie na kilometry, ostrzegając ich o moim przybyciu. Resztę drogi pieszo. Zgasiłem silnik, wyrwałem kluczyk, rzuciłem na dywanik, sprawdziłem ekwipunek. Pistolet maszynowy na jednopunktowym pasie.
W magazynku 25 naboi. Trzy poszły w Jeremiego. Dwa zapasowe magazynki w kieszeniach. Wojskowy nóż przy udzie.
noktowizor. Zarzuciłem plecak na plecy, zaciągnąłem pasy tak, by nie obijał się o ranny bok i wszedłem w las. Puszcza powitała mnie absolutnym wrogim mrokiem. Nie było tu rozproszonego miejskiego światła, tylko ciemność gęsta i zwarta jak atrament.
Opuściłem na oczy okulary. Świat natychmiast nabrał ostrych, fosforyzujących zielonych kształtów. Pnie drzew stały się kolumnami martwej świątyni. Przeszedłem na szybki ślizgowy krok, stawiając stopy na miękkim mchu, omijając suchełęzie.
Każdy krok odbijał się tępym pulsowaniem w żebrach. Las wydawał się nieskończony. Oddychałem równo, kontrolując zużycie tlenu, zmuszając ciało do pracy na granicy możliwości. Po trch kilometrach wiatr się zmienił.
Powiał w twarz, przynosząc zapach nie mający nic wspólnego z lasem. Ostry, chemiczny, mdlący benzyna. Już zaczęli. Przyspieszyłem przechodząc w lekki bieg.
Drzewa się przerzedziły. Przede mną przez zieloną zasłonę zarysował się prześwit. Polana, stara przekrzywiona chata z poczerniałym dachem i dwa masywne terenowe samochody wprost na zwiędłej trawie. Reflektory zgaszone, ale silniki cicho mruczały, podtrzymując ciepło w kabinach.
Zatrzymałem się za grubym pniem starego dębu, 30 met od skraju polany. Oceniłem sytuację. Czterech. Wszystko jak z przechwyconej transmisji.
Sądząc po tym, jak deptali w miejscu, sterczeli tu już nie od godziny. Łom wciąż nie wydobył, gdzie jestem, więc nie spieszył się z podpalaniem. Jego upór podarował mi czas. Jeden stał przy samochodach, leniwie oparty o maskę i palił.
Żar papierosa w podczerwieni świecił małym białym słońcem. Drugi przechadzał się wzdłuż drewnianego płotu ze strzelbą powtarzalną, nerwowo zerkając na ciemną ścianę lasu. Trzeci stał tuż przy chacie z dużym czerwonym kanistrem i metodycznie, bez pośpiechu polewał benzyną suche ściany, ganek, schody, a na ganku górował łom, ogromny, ciężki, w rozpiętej, skórzanej kurtce. pochylał się nad postacią klęczącą przed nim Vita.
Ręce związane z tyłu szorstkim sznurem. Ciemne włosy potargane, opadające na twarz, ale nawet stąd widziałem, że jej plecy są wyprostowane. Nie kuliła się w kłębek, nie płakała, nie błagała. Patrzyła na łoma od dołu z tym samym oderwanym, przeszywającym spokojem, którym odstraszyła go kilka dni wcześniej.
Ten spokój doprowadzał go do szału. Rozdmuchane ego bandyty nie znosiło tego, że kobieta, którą zamierzał spalić żywcem, nie drży przed nim ze zwierzęcego przerażenia. Gdzie on jest? Głos łoma rozdarł ciszę.
Nie było w nim pewności, tylko głucha, przytłaczająca złość. Gdzie ten zgniły kawał mięsa? Wiem, że go wyleczyłaś. Wiem, że tu był.
Mów stara wiedźmo, albo przysięgam, będziesz się palić powoli. Vita milczała. Wiatr poruszał jej włosami. Myślałaś, że twoje bajki mnie przestraszą?
Łom zrobił krok naprzód i uderzył ją z rozmachem. Głowa Wity szarpnęła się w bok, ale nie wydała żadnego dźwięku. Bardzo powoli odwróciła twarz z powrotem i spojrzała mu w oczy. powiedziałam ci.
Głos był cichy, ale w nocnym powietrzu niósł się zadziwiająco wyraźnie. Żaden z was nie dożyje niedzieli. Niedziela już nadeszła. Wasz czas dobiegł końca.
Łom roześmiał się. Śmiech był nerwowy, szczekliwy. Obrócił się ku swoim ludziom, szukając wsparcia. Słyszeliście tę wariatkę?
Krzyknął. Myśli, że jej klątwy działają. Polewaj dach mały. Zobaczymy jak zaśpiewa gdy zajmie się na niej ubranie.
Człowiek z kanistrem posłusznie podszedł do narożnika domu Unzeren. Kanister czas się skończył. Strzelać z daleka nie mogłem. Jedno nieostrożne trafienie.
Błędna iskra od rykoszetu i przesiąknięta benzyną chata wybuchnie jak proch razem z witą. Czyli cicho, po jednym z bliskiej odległości, zanim zdążą zrozumieć co się dzieje. Tak jak uczono mnie kiedyś w innym życiu. Zsunąłem noktowizor na czoło.
Zielony świat zniknął, zastąpiony nieprzeniknioną czernią. Oczy już przywykały do ciemności. Opuściłem lufę, wyciągnąłem z pochwy nóż. Rękojeźdź znajomo legła w dłoni.
Ruszyłem szerokim łukiem, obchodząc polanę z lewej strony, by zajść od tyłu palacza przy samochodach. Kroki miękkie, przetaczające się z pięty na palce. Tego nauczyły mnie długie zimy na północy, gdzie chrzęst zmarzłego śniegu pod butem mógł kosztować palce. Trzymałem się najciemniejszego skraju drzew.
Bojownik przy samochodzie zaciągnął się ostatni raz. rzucił niedopałek w mokrą trawę, rozdeptał podeszwą, poklepał się po ramionach, rozgrzewając i odwrócił się od lasu, by spojrzeć na łoma. Dwa szybkie kroki. Wyrosłem za jego plecami.
Lewą ręką zakryłem mu usta, prawą objąłem szyję od tyłu, uciskając tętnice szyjne. Szarpnął się. Próbował dosięgnąć mnie łokciem, ale trzymałem na śmierć. Kilka długich sekund walki i ciało zwiotczało, obwisło w moich rękach.
Opuściłem je na mokrą ziemię za tylnym kołem, jeden mniej. Przeniosłem wzrok na drugiego. Ten ze strzelbą powtarzalną przechadzał się wzdłuż płotu, jakieś 15 met dalej, napięty. Coś w ciszy kazało jego instynktom uderzyć na alarm.
Zatrzymał się wpatrując się w ciemność. Dokładnie w tym kierunku, gdzie leżał jego kompan. "Hej, siwy!" zawołał półgłosem. "Dasz ognia?" Odpowiedzi nie było, tylko szum wiatru w koronach sosem.
Bandyta zrobił niepewny krok naprzód, chwytając strzelbę, tak, że chrupnęły palce. Siwy, dość tego wygłupiania. Głos zadrżał. Za bobon, który łom wypalał ze swoich ludzi okrucieństwem, wykiełkował w nim trującym kwiatem.
Schowałem nóż, poderwałem pistolet maszynowy. Odległość 15 met. Sylwetka wyraźnie odcinała się na tle jasnej ściany chaty. Wycelowałem w środek sylwetki.
Nacisnąłem spust. Zintegrowany tłumik dwukrotnie sucho zakaszlał. Bandytę odrzuciło do tyłu. Nie krzyczał.
po prostu runął na plecy, wypuszczając strzelbę, która z głuchym stukiem upadła w błoto. Ciało drgnęło i znieruchomiało. Dwóch mniej. Odgłos upadku strzelby nie umknął łomowi.
Gwałtownie się obrócił, wpatrując się w ciemność za podwórzem. Kto tam? Warknął. Mały.
Sprawdź, co tam do diabła upuszczają. Człowiek z kanistrem znieruchomiał. postawił plastikowy pojemnik na ziemi. Benzyna chlusnęła przez krawędź, psiąkając w suche drewno.
Mały wyciągnął z zapasa pistolet i na sztywnych nogach ruszył ku płotowi. Siwy kaban! Zawołał. Odpowiedzią była tylko martwa cisza.
Podszedł do ciała drugiego, pochylił się. Ramiona drgnęły mu konwulsyjnie, gdy dotarło do niego, że kompan żyje. Panika uderzyła do głowy. Zapomniał o radiotelefonie, o łomie, o broni we własnych rękach.
W jego prymitywnym umyśle ułożył się jeden obraz. Klątwa wiedźmy zadziałała. Las zabijał ich jednego po drugim. On nie żyje!
wrzasnął mały, cofając się, potykając o własne nogi. Łom, on nie żyje, ma dziury. To ona, ona nas zabija. Zamknij się, idioto!
Ryknął łom wyrywając pistolet. To nie wiedźma, to ktoś w lesie. Strzelaj w las, kretynie! Ale mały już nie słuchał.
Zwierzęce przerażenie odebrało mu rozum. Odwrócił się i pobiegł. Nie ku samochodom, nie ku szefowi, lecz po prostu precz w zbawienną ciemność, licząc, że ukryje się przed niewidzialną śmiercią. Nie pozwoliłem mu odejść.
Był uzbrojony, a żywy świadek sprowadziłby tu nowych ludzi jeszcze przed świtem. Tłumik zakaszlał raz. Mały wbił się twarzą w opadłe liście kilkanaście kroków od skraju lasu i zamilkł. Trzech mniej.
Na polanie został jeden. Łom stał na ganku, ciężko dysząc. Masywna pierś unosiła się i opadała. Wodził lufą z boku na bok, próbując przebić wzrokiem nieprzeniknioną ciemność.
I zrozumiał, że został sam. Wszyscy trzej jego ludzie polegli w dwie minuty. Wyszedłem zza drzew. Nie kryłem się.
Szedłem wprost przez środek polany. powoli, miarowo, dając mu możliwość przyjrzeć się sylwetce. czarne ubranie tonęło w nocy, ale blada twarz i poły sklufy były wyraźnie widoczne. Łom znieruchomiał, oczy się rozszerzyły.
Rozpoznał mnie. Człowieka, którego sam zepchnął do rowu, uznał za zmiażdżonego i zniszczonego. Ty wydyszał. Głos załamał się w harkot.
Ty powinieneś być martwy. Umarłam 10 lat temu, łom. Głos mój brzmiał równo, bez kropli emocji. Niósł się nad polaną jak wyrok.
A ty umarłeś dzisiaj, tylko jeszcze tego nie zrozumiałeś. Łom zawarczał głucho, gardłowo, jak człowiek, któremu odebrano ostatnią podporę. uniósł pistolet, gotując się otworzyć ogień, ale instynkt podpowiedział mu: "Wczciwym pojedynku nie ma szans." Widział, jak się poruszam. Widział broń w moich rękach.
Wiedział, że nacisnę spust szybciej i wtedy zrobił to jedyne, na co był zdolny człowiek jego pokroju. Chwycił związaną witę za włosy i szarpnięciem poderwał z kolan, zasłaniając się nią jak żywą tarczą. Kobieta cicho jęknęła z bólu, ale nie wyrzekła ani słowa. Łom cofnął się o krok, opierając plecami o przysiąknięte benzyną drzwi.
Lewą ręką ściskał na śmierć włosy Wity, prawą przystawił lufę do jej skroni. Rzuć gnata! Wrzasnął. Twarz wykrzywił grymas rozpaczy i wściekłości.
Pod lał się ciurkiem po czole. Rzuć broń, albo z nią skończę. Przysięgam. Zrobię to bez wahania.
Zatrzymałem się. Odległość 10 met. Idealna do strzału, ale lufa jego pistoletu była przyciśnięta wprost do jej głowy. Najmniejszy skurcz łoma po mojej kuli, przedśmiertna konwulsja i naciśnie spust.
Ryzykować nie mogłem. Powoli opuściłem pistolet maszynowy lufą ku ziemi. Puść ją, łom. Powiedziałem spokojnie.
Ona nie ma z tym nic wspólnego. To sprawa między mną a Jeremim i między mną a tobą. Na imię bosa łom krzywo się uśmiechnął. Jeremi zedrze z ciebie skórę, gdy się dowie.
Znajdzie cię gdziekolwiek się schowasz. Jeremi nie żyje. Słowa zabrzmiały w ciszy jak brzęk tłukącego się szkła. Łom znieruchomiał.
Oczy zaczęły mu biegać. Próbował pojąć to, co usłyszał. Wysyczał. On jest w Warszawie.
Ma ochronę. Leżał na podłodze swojego gabinetu, gdy łączyłeś się z nim przez radio. Zrobiłem powolny, niezauważalny krok naprzód. Trzy kule.
Jego księgowość mam w plecaku. Jego imperium runęło godzinę temu. Bronisz trupa łom. Twoi ludzie nie żyją.
Wszyscy trzej. Stoisz sam w lesie. Zasłaniasz się związaną kobietą. To koniec.
Widziałem jak łamie się jego psychika, jak wali się fundament, na którym budował życie. Władza Jeremiego była dla niego religią, a teraz jego Bóg był martwy. Ręka z pistoletem drgnęła o milimetr, ale to wystarczyło, by lufa odsunęła się od skroni, tyle że łomch, co się poddają. Rozpacz pchnęła go do ostatniego szaleńczego kroku.
Odepchnął witę na bok, w błoto. Uwaniając obie ręce, przeniósł lufę na mnie, a lewą ręką wyrwał z kieszeni kurtki za paniczkę. pociągnął kółkiem. Buchnął jaskrawy żółty płomień.
To spalimy się tu wszyscy! Wrzasnął opuszczając rękę z ogniem ku przesiąkniętym benzyną deskom. Między ogniem a kałużą benzyny zostawały dosłownie centymetry. Wita związana i bezbronna upadła na bok i zacisnęła powieki.
Podnieść pistoletu maszynowego nie zdążyłbym. Łom wystrzeliłby wcześniej. Prawa ręka pomknęła do pochwy udzie. Palce zacisnęły się na rękojeści.
Rzut. Jeden płynny ruch wbity we mnie latami wyszkolenia. Włożyłem w niego cały swój ciężar, całą nienawiść, cały ten ból, który płonął w przestrzelonym boku i celowałem nie w pierś, lecz w rękę z ogniem. Ostrze błysnęło w świetle płomienia i wbiło się łomowi w ramię tuż przy szyi.
Zachwiał się. Jego strzał poszedł w czarne niebo, palce się rozwarły i płonąca zapalniczka koziołkując poleciała w dół na oblane benzyną schody. Już leciałem naprzód. Trzy skoki przez polane i na chwilę przed tym, jak płomień liznąłby paliwo, strąciłem zapalniczkę w bok, wyrzucając ją gołą dłonią w mokre ziersko za gankiem.
Ogień zasyczał i zdechł trawie. Dłoń poparzyło do pęcherzy, ale dom się nie zajął. Łom wciąż trzymał się na nogach. Uciskał dłonią ranę przy szyi.
Między palcami z rywami tryskała ciemna krew. Pistolet upuścił. zrobił jeden niepewny chwiejny krok ku mnie, a ja poderwałem z ziemi swój pistolet maszynowy. Ale dobijać nie było trzeba.
Góra mięśni ugięła się w kolanach, zwaliła na bok w błoto, drgnęła parę razy i zamilkła. Cisza wróciła na polanę. Tylko wiatr szumiał w koronach i cicho mruczały silniki porzuconych terenówek. Powoli wypuściłem powietrze, opuściłem broń.
Podszedłem do ganku. Wita klęczała, ciężko dysząc. Twarz blada, na policzku nabrzmiewał sino czerwony siniak od ciosu łoma, ale oczy pozostawały spokojne. Spojrzała na ciało u swoich stóp.
Potem przeniosła wzrok na mnie. Wyjąłem składany nóż i ostrożnie przeciąłem sznury na jej nadgarstkach. Rozcierała zdrętwiałe dłonie. podniosła się na nogi.
"Obiecałem, że wrócę." Powiedziałem cicho, patrząc jej w oczy. Kiwnęła głową. Przyniosłeś śmierć, jak mówiłam. Głos był beznamiętny, bez strachu i bez wdzięczności.
Tylko stwierdzenie. Ale zabrałeś ją ze sobą. Las jest syty. Spojrzałem na ciemną ścianę drzew wokół polany.
Jeremi nie żyje. Jego ludzie w błocie pod gankiem. Ale aż za dobrze rozumiałem. To jeszcze nie koniec.
W plecaku za plecami leżały trzy notesy. Bomba zdolna pogrzebać połowę kraju. Na razie to był tylko papier i dopóki pozostawał papierem, każdy, czyje imię widniało na jego stronach będzie ryć ziemię, by znaleźć mnie, zanim ja znajdę tego, komu mogę go oddać. Najtrudniejsze było jeszcze przede mną.
Zdjąłem plecak z ramienia, rozsunąłem zamek, wyjąłem z bocznych kieszeni ciasno zwinięte pliki pieniędzy. Setki tysięcy w różnej walucie. Położyłem je na stopniach z dala od rozlanej benzyny. Tu jest dość, żeby stąd wyjechać.
Powiedziałem, kupić dom tam, gdzie nikt nie zna twojego imienia, zacząć od nowa. Uratowałaś mnie. To najmniejsze, co mogę zrobić. Vita spojrzała na pieniądze, potem na mnie.
Na ustach mignął jej ledwie dostrzegalny, gorzki uśmiech. Mój dom jest tutaj. Odpowiedziała. A pieniądze, pieniądze są potrzebne tym, którzy boją się przyszłości.
Ja się jej nie boję, ale je zachowam dla tych, którzy przyjdą na mój próg z takim samym bólem jak ty. Kiwnąłem głową. Spór nie miał sensu. Była częścią tego lasu, równie pradawną i nieugiętą jak korzeni wiekowych dębów.
Odwróciłem się i ruszyłem precz od chaty w stronę drogi, gdzie w krzakach czekał skradziony sedan. Lidia została pomszczona. Dług wobec kobiety, która ocaliła mi życie, został spłacony, ale plecak na plecach ciążył mocniej niż wszystkie 10 przeżytych lat. Sprawa, dla której wróciłem z niebytu, jeszcze nie była dokończona i do świtu musiałem rozstrzygnąć, czy ktokolwiek dożyje tego, by poznać prawdę.
Skradziony sedan czekał na mnie w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłem, z przednim zderzakiem, głęboko wbitym w gęste zarośla mokrego krzewu. Otworzyłem drzwi, opadłem na fotel kierowcy i przez kilka minut po prostu siedziałem bez ruchu z zamkniętymi oczami. Adrenalina, która gnała moją krew przez żyły przez ostatnie godziny, zaczęła gwałtownie ustępować. Na jej miejsce przyszedł ból ostry, pulsujący w prawym boku, gdzie świeże szwy naciągnęły się do granic możliwości, utrzymując rozerwane mięśnie razem.
Przycisnąłem dłoń do żeber. Tkanina golfu była lepka i gorąca. Krew. Niewiele, ale dość, by przypomnieć.
Wciąż jestem człowiekiem z krwi i kości, a nie nieśmiertelnym duchem. Kluczyk w stacyjce. Stary silnik kichnął, niechętnie obrócił się i wreszcie zamruczał, wypełniając wnętrze zbawiennym ciepłem. Cofnąłem z chrzęstem łamiąc gałęzie, wyprowadziłem samochód na asfalt.
Droga wiodła z powrotem do Warszawy, ale tym razem nie było dokąd się spieszyć. Jeremi leżał martwy w swoim luksusowym gabinecie. Jego ludzie gnili w błocie Puszczy Białowieskiej. A najważniejsza broń tej wojny spoczywała na fotelu pasażera w moim plecaku.
Droga zajęła 4ter godziny. Nieskończony szereg ciemnych, śpiących wsi. Nad ranem, gdy niebo nad horyzontem zaczęło nasycać się ołowianą szarością, wjechałem na obrzeża stolicy. Do swojego starego motelu nie pojechałem.
Wynająłem niepozorny pokój na dobę w tanim przydrożnym pensjonacie, gdzie właściciel, staruszek o mętnych oczach, wziął gotówkę, nawet nie spojrzawszy na moją twarz. Zamknąwszy wątłe drzwi na zasuwę i zaciągnąwszy grube zasłony, rzuciłem plecak na skrzypiące łóżko. W pokoju pachniało starym tytoniem i wilgocią. Ściągnąłem taktyczną kamizelkę, przysiąknięty potem i krwią golf i wszedłem do maleńkiej łazienki.
Lodowata woda z kranu sparzyła twarz, zmywając sadzę, zmęczenie i zapach gazów prochowych. Opatrzyłem ranę resztkami spirytusu. Nałożyłem nowy opatrunek, ciasno przewiązując żebra czystym bandażem z samochodowej apteczki. Każdy ruch odbijał się błyskiem w boku i wiedziałem, goie potrwa długo.
Wróciwszy do pokoju, usiadłem na skraju łóżka i rozsunąłem zamek precaka. Na światło dzienne wyłoniły się trzy czarne notesy w grubych skórzanych oprawach. czarna księgowość Jeremiego Tarnawskiego. Otworzyłem pierwszy.
Strony były zapisane drobnym, zwartym pismem. Rozpoznałem te staranne litery. Kiedyś dokładnie tak samo prowadził rachunki naszych przemytniczych partii elektroniki. Ale teraz skala była inna.
dziesiątki nazwisk, setki transakcji, daty, sumy, stanowiska. To nie była księga rachunkowa, to była anatomia guza, który pożarł kraj. Przewracałem strony, a przed oczami rozwijał się obraz powszechnego rozkładu. Naczelnicy posterunków celnych biorący po 50 000 doarów za zielony korytarz dla ciężarówek z heroiną.
Wysoko postawieni dygnitarze stołecznej policji otrzymujący pensj w kopertach za to, by ich patrole nie zaglądały do właściwych rejonów. Sędziowie umarzający sprawy karne przeciwko bojownikom wołomińskim za sumy, za które można kupić rezydencję w centrum miasta. Jeremi zapisywał wszystko z pedanterią maniaka. Wierzył, że ta informacja to jego idealna tarcza.
Myślał, że dopóki notesy istnieją, nikt nie odważy się go tknąć, bo jego upadek pociągnie za sobą połowę aparatu państwowego. Pomylił się w jednym. Nie wziął pod uwagę człowieka, któremu aparat państwowy był obojętny. Zamknąłem ostatni notes.
Miałem w rękach bombę, zdolną starć w pył cały ten zgniły system, ale żeby wybuchła, trzeba ją było przekazać we właściwe ręce. Po prostu zanieść księgi na najbliższy posterunek nie mogłem. zniszczono by je tego samego dnia, a dyżurnego sierżanta znaleziono by powieszonego w celi. Potrzebowałem człowieka z zewnątrz, kogoś, kto jeszcze nie zdążył ubrudzić się w tym błocie.
Pod koniec lat 90 walką ze zorganizowaną przestępczością w Polsce zajmowało się specjalne biuro przy Komendzie Głównej Policji. Struktura utworzona kilka lat wcześniej właśnie pod wojnę z mafią. werbowano tam młodych, głodnych sprawiedliwości operacyjnych, których nie zdążyli jeszcze kupić ani zastraszyć starzy bosowie. Kanałów mi nie zostało.
Nazwiska szukałem inaczej. W starych gazetach, które przeglądałem w czytelni biblioteki. Jedna sprawa zagrzmiała kilka lat temu na cały kraj. To mi wystarczyło.
Inspektor Marek Lewicki, 32 lata. Pisali o nim wszyscy. Młody operacyjny z prowincji, który w pojedynkę rozbił bandę złodziei samochodów i publicznie odmówił przyjęcia łapówki przewyższającej jego pensję za 10 lat. Za to przeniesiono go do stolicy, czy to w ramach kary, czy na pośmiewisko.
Twardy, pryncypialny, niewygodny dla zwierzchników. Ten, którego potrzebowałem. Z pensjonatu wyszedłem bliżej południa. Miasto żyło swoim krzątaniczym, gwarnym życiem.
W kioskach już krzyczały nagłówki wieczornych gazet. Wiadomości o zuchwałym napadzie na elitarny hotel i śmierci jednego z najbardziej wpływowych biznesmenów współświadka Warszawy rozeszły się z prędkością pożaru lasu. Dziennikarze budowali szalone teorie. Policja otoczyła kwartał, a świat przestępczy zamarł w paraliżu, nie rozumiejąc, kto zadał cios.
Nikt nie wiedział o mnie. Wszyscy szukali śladów konkurentów. Znalazłem automat telefoniczny na ruchliwej ulicy. Wrzuciłem monetę i wybrałem numer komendy wyuczony na pamięć.
Słuchawkę podniesiono po czwartym sygnale. Inspektor Lewicki. Rozlekł się suchy, zmęczony głos. Słuchajcie uważnie.
Powiedziałem równym tonem. Powtarzać dwa razy nie będę. To czego szukacie w sprawie Tarnawskiego leży w automatycznej przechowani bagażu na głównym dworcu kolejowym. Skrytka numer 142.
Po drugiej stronie zapadła długa pauza. Lewicki był zawodowcem. Nie zaczął krzyczeć. Nie zaczął żądać, bym podał imię.
Kto mówi? Zapytał cicho. Skąd macie te informacje? Jestem tym, kto wyczyścił 16 piętro hotelu zeszłej nocy.
Jeremi nie żyje. Jego imperium zostało pozbawione głowy. W skrytce są trzy czarne notesy, osobista księgowość. Są tam nazwiska wszystkich, którzy jedli mu z ręki.
Policja, celnicy, sędziowie, pełny układ. Jeśli to prawda, dlaczego oddajecie to mnie? Głos inspektora napiął się jak str. Dlaczego nie używacie tego do szantażu?
Bo nie jestem częścią waszego świata. Moja wojna się skończyła. Teraz to wasza robota. Kot do skrytki.
Rok urodzenia tarnawskiego. Macie godzinę, zanim na dworzec dotrą ci, których nazwiska są zapisane na tych stronach. Odwiesiłem słuchawkę. nie czekając na odpowiedź.
Następną godzinę spędziłem w poczekalni głównego dworca. Siedziałem na twardej plastikowej ławce, naciągnąwszy czapkę na oczy i ukrywszy twarz za rozłożoną gazetą. Ogromna przestrzeń huczała jak rozdrażniony ul. Ludzie spieszyli do pociągów, ciągnęli walizki.
Nikt nie zwracał uwagi na człowieka w ciemnej kurtce. Dokładnie po 40 minutach do sali szybkim krokiem weszli trzej mężczyźni w cywilu. Poruszali się z tą specyficzną gracją, która zdradza doświadczonych operacyjnych. Na czele szedł wysoki, szczupły o ostrych rysach twarzy i czujnym spojrzeniu.
Lewicki nie zwracał na siebie uwagi. Zostawiwszy swoich ludzi, by kontrolowali obwód, podszedł do rzędu metalowych szafek. Obserwowałem spod daszka, jak wybiera kot na tablicy skrytki 142. Drzwiczki cicho szczęknęły.
Lewicki zajrzał do środka, wyjął gruby plastikowy worek, w który zapakowałem notesy i lekko go uchylił. Twarz na sekundę zastygła. Zrozumiał, co trzyma w rękach. Szybko zamknął worek, wsunął pod kurtkę, krótko kiwnął na swoich ludzi i zniknęli w tłumie.
Równie błyskawicznie jak się pojawili. Broń została przekazana. Teraz pozostawało tylko czekać i mieć nadzieję, że Lewicki jest tym, za kogo go uznałem. Wyszedłem z dworca w mrżący deszcz.
Oddychać było nieco lżej, ale węzeł w środku nie puszczał. Oddałem papiery obcemu człowiekowi i nie miałem pojęcia, czy starczy mu odwagi, by puścić je w ruch. Pozostawało czekać. Do pensjonatu wróciłem, kupiwszy po drodze trochę jedzenia i butelkę mocnej czarnej herbaty.
Następne trzy dni nie wychodziłem z pokoju. Leżałem na łóżku, odzyskując siły. Słuchałem szumu deszczu za oknem i oglądałem wydania wiadomości w maleńkim pękatym telewizorze na szafce nocnej. Bok bolał i każdego ranka na nowo przewiązywałem opatrunek, licząc dni do chwili, gdy będę mógł normalnie się poruszać.
Wybuch nastąpił we wtorek rano. To było jak zejście lawiny. Biuro do walki ze zorganizowaną przestępczością, otrzymawszy w ręce niezbite dowody, zaczęło działać. Lokalnym kadrom tam nie ufano.
Pierwsze operacje przeprowadzała jednostka specjalna, przerzucona z innych regionów. Z ekranów nie schodziły kadry zatrzymań. Patrzyłem, jak szanowanych mężczyzn w drogich garniturach wyprowadzają z luksusowych rezydencji w kajdankach, przyginając głowy do masek policyjnych samochodów. Widziałem twarze urzędników, którzy jeszcze wczoraj rozprawiali o moralności i prawie, a teraz chowali oczy przed buzkami fleszy, zasłaniając się teczkami.
Speaker wiadomości, młoda kobieta o drżącym ze wzruszenia głosie, dzień po dniu odczytywała komunikaty. 18 czynnych oficerów policji, pięciu sędziów, 12 urzędników służby celnej, dziesiątki kryminalnych autorytetów niższego szczebla, którzy próbowali zająć miejsce Jeremiego, ale zostali zmiażdżeni przez rozpadający się system. Schemat, który budował latami, przesycając kraj trucizną i krwią, walił się nie w jeden dzień. Aresztowania ciągnęły się miesiącami.
Nakazy, rewizje, ekspertyzy, pisma w notesach. Ale pierwszy kamień został wybity z fundamentu i cała ściana pękła rysami, których już nie dało się zamazać. Dziennikarze nazywali to największym zwycięstwem sprawiedliwości w najnowszej historii Polski. Wychwalali genialną pracę śledczych.
Nikt z nich nie wiedział, że to zwycięstwo zostało kupione za cenę 10 lat mojego wygnania, trzech kul w moim ciele i życia dziewczyny ze srebrnym wisiorkiem na szyi. I niech nie wiedzą. Nie potrzebowałem ani medali, ani nazwiska w gazetach. Potrzebowałem tylko ciszy.
Czwartego dnia, gdy ból w boku zamienił się w tępą, znośną pobolewającą, zebrałem swoje nieliczne rzeczy. broń, pistolet maszynowy, zapasowe magazynki, nóż zostawiłem w szybie wentylacyjnej opuszczonej fabryki na obrzeżach miasta. Więcej nie będą mi potrzebne. Sobie zostawiłem tylko czyste dokumenty na obce nazwisko, trochę gotówki i starą znoszoną kurtkę.
>> Wsiadłem do nocnego pociągu do Gdańska. Wagon rytmicznie się kołysał, usypiając nielicznych pasażerów. Patrzyłem w ciemne okno, w którym odbijała się moja własna twarz. Blizna na policzku, siwizna na skroniach.
Wyglądałem starzej niż na swoje 36 lat. Życie zażądało ode mnie wysokiej ceny, ale nie żałowałem ani jednej sekundy. Gdańsk powitał mnie przejmującym wiatrem znad Bałtyku. Zapach soli i mazutu uderzył w nozdrza, przywracając do tej rzeczywistości, do której przywykłem przez ostatnią dekadę.
Ogromne dźwigi portowe górowały nad zatoką jak uśpione potwory. Ołowiano szare fale, biły o betonowe falochrony, rozbijając się w białą pianę. Nabrzeżem szedłem z podniesionym kołnierzem kurtki. W kieszeni leżał bilet na prąd towarowy odpływający do Sztokholmu za dwie godziny.
Wracałem tam, gdzie nie było przeszłości. Tam, gdzie północny klimat ściera pamięć, pozostawiając tylko teraźniejszość. Przy samej barierce zatrzymałem się. Wyjąłem spod kurtki srebrny wisiorek na cienkim łańcuszku.
Metal był ciepły od mojego ciała. Patrzyłem na niego i przed oczami nie było już zalanej krwią przedniej szyby. Widziałem Lidię taką jaka była naszego ostatniego wieczoru. Roześmianą, żywą, z oczami, w których odbijało się słońce.
Wisiorka do wody nie wrzuciłem. Byłoby to zbyt patetyczne, zbyt w duchu tanich filmów. Po prostu schowałem go z powrotem pod ubranie, bliżej serca. nie był już ciężarem ciągnącym mnie na dno.
Stał się jasnym wspomnieniem o tym, że nawet w najmroczniejszym świecie są rzeczy, dla których warto przejść przez piekło. Przypomniałem sobie Witę, kobietę, która stała na ganku swojej chaty, patrząc w twarz uzbrojonym zbirom. Zostawiłem jej dość pieniędzy, by zniknęła, ale wiedziałem, nie zrobi tego. Zostanie tam, wśród wiekowych dębów Puszczy Białowieskiej, by leczyć tych, których złamał ten świat.
Była silniejsza od nas wszystkich. Rozległ się niski, przeciągły gwizd prąd, oznajmiający początek wejścia na pokład. Dźwięk przetoczył się nad szarą wodą, cichnąc we mgle. Odwróciłem się i ruszyłem ku trapowi.
Kroki były równe i pewne. Za plecami zostawał kraj, który zmienił się na zawsze. Ruiny kryminalnego imperium. Ludzie, którzy myśleli, że mogą bezkarnie decydować o cudzych losach.
Zrobiłem to, co musiałem. Wiatr się wzmógł, ciskając w twarz drobnymi kłującymi kroplami słonych bryzgów. Wszedłem po metalowym trapie, stanąłem na pokładzie i nadstawiłem twarz chłodnemu wiatrowi znad Bałtyku. Nareszcie wewnątrz była cisza, ta, w której nie zostało już miejsca na zemstę.
Ale jeśli gdzieś w ciemności znów podniosą głowy ci, którzy uważają się za bezkarnych panów cudzych żywotów, kto wie, być może duch powróci. Yeah.